Jeżeli język nie jest poprawny,
Mowa nie znaczy tego, co ma znaczyć,
Jeżeli mowa nie znaczy tego, co ma znaczyć,
Nie będzie zrobione to, co ma być zrobione,
A wtedy moralność i wszystkie sztuki ulegną zepsuciu
I sprawiedliwość zejdzie na manowce
I wszyscy popadną w stan bezładnego pomieszania.

Konfucjusz
_____________________

16 lipca 2011

39 Radość w przymusie własnym

Niedzielne popołudnie. Na parkingu przed kościołem parkuje samochód, z samochodu wysiada elegancka pańcia z rodziną. Pańcia rozgląda się po parkingu i zauważa koleżankę, również elegancką i z rodziną, zmierzającą dostojnie w kierunku kościoła. Pańcie rzucają się sobie na szyje, obściskują, pierwsza wykrzykuje:

- Ty nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę! Nie będzie mi tak smętnie w tym kościele...

(Bielsko-Biała, parking pod katedrą św. Mikołaja)


ps. Ilustracja muzyczna: Elektryczne Gitary - "Wielka radość" ->
Będzie miło, jeśli podpiszesz się pod swoim komentarzem. Różne opcje podpisu wybierzesz z rozwijanej listy pod oknem, gdzie wpisujesz komentarz. Wystarczy imię lub nick w polu NAZWA.

39 komentarzy:

  1. Wiadomo, będą się obcinać, która ile wydała na ciuchy. Czas szybko zleci :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uzyskanie świadomości, ile która wydała na ciuchy, to musi być głęboka potrzeba duchowa...

    OdpowiedzUsuń
  3. Typowe niedzielne i takie katolickie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Motyw. Mnie ciekawi motyw. Bo z koleżanką to lepiej chyba w kawiarni czy jakimś pubie się spotkać. Imprinting?

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale one MUSZĄ iść do kościoła...
    A, że razem nie będą się w nim nudzić. Czyli zaliczą _przymus_ i przy okazji _przyjemność_

    OdpowiedzUsuń
  6. muszą bo taka jest obyczajowość jak nie pójdą to w rodzinie, w sąsiedztwie, w pracy obgadają, jak nie pójdą do komunii to też już nasuwa podejrzenia że ...zgrzeszyły więc lepiej świętokracko przyjąć z grzechem ciężkim, którego popełnienia nikt nie widział (to jest warunek) na sumieniu, niż nie przyjąć i dawać ludziom powód do plotek, bądź też wystarczy że samych domysłów odnośnie tego grzechu... Kościół to też więź społeczna, poczucie wspólnoty ,przebywanie w grupie, która rządzi się swoimi prawami. Mnie się zawsze wydawało, że taką grupę łączy wiara i zasady postępowania w życiu wynikające z tej wiary, zasady moralne, etyczne wyrastające z religii katolickiej, z tradycji chrześcijańskiej, ale w większości przypadków te zasady to po prostu są pozory, a kościół jest miejscem spotkania na ploty, to rytuał prawie że swiecki z wiarą, taką przemyślaną, przeżywaną głęboko, z modlitwą mający niewiele wspólnego, przymus poza tym dlatego, że bycie w kościele to taki jakby warunek przynależności do tej całej grupy, nie tyle kościelnej co lokalnej, miejskiej, dzielnicowej, parafialno - wiejskiej, zaściankowej... dlatego muszę. Poza tym to może też być zwykłe przyzwyczajenie

    OdpowiedzUsuń
  7. ad piotr lalik) Oczywiście, że mamy tu do czynienia ze stykiem socjologii i psychologii społecznej: w grę wchodzą tu silne mechanizmy grupowe, związane z dążeniem do utrzymania spójności grupy (wykluczanie outsiderów), a także zaspokajanie różnych indywidualnych potrzeb emocjonalnych, takich jak choćby potrzeba przynależności. To, co jest dla mnie wciąż niezrozumiałe to konformizm, choć znam teorię tego zjawiska. A raczej nie sam konformizm, co nieumiejętność wyzwolenia się z niego. W bilansie zysków i strat u takich osób zyski najwyraźniej przewyższają straty (koszty, takie jak choćby nuda, o której wspomniała ta pani). Niewykluczone, że zyskiem jest tu również wrażenie, które uzyskuje się chodząc w taki sposób do kościoła, a mianowicie poczucie wygodnego kontaktu z sacrum, takiego niewymagającego, nie zmuszającego do myślenia...

    OdpowiedzUsuń
  8. Ależ właśnie o to chodzi, że chodzenie do kościoła nie ma nic wspólnego z sacrum, bo inaczej nie pojawiałaby się nuda. To przykry obowiązek zwiazany z szeroko pojętym życiem towarzysko-społecznym i nic wiecej. Stąd częsty widok panów stojących kilka metrów od kościoła i karnie czekajacych na małżonki. (to ci co dają radę wydostać się spod pantofla:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Tyle, że ten obowiązek ludzie narzucają sobie sami. Muszą coś z tego mieć, część korzyści to te wymienione przez Piotra. Ale o ile rozumiem potrzebę przynależności do grupy, to nadal nie rozumiem, dlaczego ludziom zależy na przynależności do grup, które ich nudzą i męczą. Być może wysiłek szukania czegoś własnego jest tym kosztem, który takich ludzi przerasta.

    ps. A ci panowie, który stoją obok budynku to dopiero pantoflarze. A na dodatek konformiści. Gdyby się wydostali spod pantofla, to by ich tam nie było :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Będę ich jednak broniła:) Prawdziwi pantoflarze stoją w rzadku ze swoimi "paniami" w środku, ci ma zewnatrz maja możliwość pogadania z kolegami w niedoli:) a znasz facetów nie konformistów jeśli chodzi o żony?? to chyba wymarły gatunek:))

    OdpowiedzUsuń
  11. W środku to mogą nawet wierzący stać :)

    Pewnie, że znam niekonformistów. Są pozornie trudniejsi w pożyciu, bo wchodzą w otwarty konflikt, ale na dłuższą metę mają istotną przewagę nad pantoflarzami: dzięki temu można ich szanować.

    OdpowiedzUsuń
  12. Myślę,że one to lubią-jest czas,by się pokazać w całej okazałości,nowe ciuchy,fryzura,makijaż-przecież w trakcie zakupów nikt tak nie zobaczy jak pięknie wyglądają,są w ruchu,a tu trzeba bitą godzinę stać w miejscu.Taki fashion week inaczej ;)To się przeżywa!

    OdpowiedzUsuń
  13. Sposób na nudę (wszechobecną czy wszechmogącą?) w kościele (z czasów podstawowych). Śpiewanie głośno refrenu (i tylko samego refrenu):
    - Maryja ma ryja!!
    O dziwo, nikt ze znajomych nie rzucał mi się na szyję… Wręcz przeciwnie. Przestrzeń między nami uległa nagłemu rozciągnięciu. Czy to było to wykluczenie ze wspólnoty (ostracyzm maryjny)? Potem (rozwój duchowy?) już oczywiście stało się pod kościołem. Nie było tam żadnych pantofli (brak meczetowania?). To można mnie było szanować?...
    PS
    Na wszelki wypadek dopiszę sobie:
    - Szacun, szacun!... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Tylko proszę pamiętać, że są w kościele i tacy, którzy wierzą w Boga i - wierzą Bogu, a Msza jest dla nich spotkaniem z PRAWDZIWYM Jezusem w Eucharystii. Ubolewam, że jest ich mniejszość...

    OdpowiedzUsuń
  15. no przecież cudne!! oddaje to całą istote i sens pobytu w kościele dla większości ludzi!
    wiem, ze to całkiem co innego, ale miałam podobne odczucia po zalogowaniu sie na google +. Brakowało mi znajomych i było mi smętnie!

    OdpowiedzUsuń
  16. ad Iwona) To mam jasność. Moda nigdy jakoś mnie nie fascynowała, to wszystko dlatego ;)

    ad Marta Mim) Szacun, zdecydowanie szacun ;) Ja z kolei pamiętam, jak dziecięciem będąc, nie rozumiałam wszystkich słów pieści, więc śpiewałam, jak umiałam, na przykład: "Chaaaałwa na wysokości, chaaałwa na wysokości...". I w sumie w kościele się nie nudziłam. Bo jak jeszcze chodziłam - byłam wierząca. Jak przestałam wierzyć - przestałam chodzić.

    ad el) No tak, sens pobytu na portalach społecznościowych wszak polega na kontakcie ze znajomymi... ;)

    ad Anonimowy) Oczywiście, że pamiętam. Pańcia jest przykładem negatywnym.

    OdpowiedzUsuń
  17. Jakież to patriotyczno chrześcijańskie! Aż mi się żal zrobiło.

    Patkowa

    OdpowiedzUsuń
  18. ad Patkowa) Patriotyzmu się nie dopatrzyłam, ale katolickiego konformizmu i hipokryzji aż nadto. Niestety w Polsce katolicyzm traktowany jest jako zamienna nazwa dla chrześcijaństwa, a to duży redukcjonizm. Dla chrześcijaństwa. Nie wszystkie nurty są takie popaprane.

    OdpowiedzUsuń
  19. Jak przypomnę sobie te wszystkie babcie zawodzące - "Paaanie Nasz, Króóóóóluj Naaammmm..." to nie dziwię się, że odbiór moż być smętny.
    Z drugiej strony jednak należy się podziw - przyszły do kościoła. Znam takich "głęboko wierzących", którzy nie chodzą bo :
    a) nie mają się w co ubrać
    b) " a kto obiad ugotuje?"
    c)w niedzielę się nie golą, więc nie mogą iść między ludzi
    d)poszliby ale "samemu im się nie chce".

    OdpowiedzUsuń
  20. No nie wiem. Za udział w praktykach religijnych swojego wyznania - podziw? Hm... A ja myślałam, że jak się w coś wierzy, to to jest naturalne ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Jeśli się wierzy, a nie traktuje pójściA do kościoła jak wypróżnienia. Ot, po prostu przykra konieczność.

    OdpowiedzUsuń
  22. Zakładam, że niektórzy katolicy jednak są wierzący ;)
    A poza tym wciąż uparcie będę pytać - kto narzuca ten obowiązek? Skąd się w ludziach bierze ten przymus, nawet gdy nie wierzą?

    OdpowiedzUsuń
  23. ad: Skąd się w ludziach bierze ten przymus, nawet gdy nie wierzą?
    Gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze.
    Są i inne przyczyny ale ta jest nr 1. Dawno by ubyło „wiernych”, gdyby nie możliwość wyślizgania z majątku, spadku itp. przez podłych dziadokatolików...

    OdpowiedzUsuń
  24. ad Marta Mim) Nie rozumiem. Przecież katolicy na tym tracą: taca, rozmaite usługi okołosakramentalne (ślub, chrzest, pogrzeb), po kolędzie itp. Czyli to oni są "wyślizgani" (o ile dobrze rozumiem znaczenie tego słowa).

    OdpowiedzUsuń
  25. ps. Jakie na przykład pieniądze będzie miała z tego chodzenia pańcia ze scenki?

    OdpowiedzUsuń
  26. To żadne wydatki w porównaniu z możliwą stratą. 70% populacji ma korzenie wiejskie i tam też są rodzinne majątki. Jest praktyka darowizn przedśmiertnych, która ustawia podział majątku, jeśli bogudziadu się podpadnie.
    „Jakie na przykład pieniądze będzie miała z tego chodzenia pańcia ze scenki”
    Trudno wiedzieć w tym konkretnym przypadku. Może równie dobrze chodzić tylko o idiotyzm (zabobony) i instynkt stadny…

    OdpowiedzUsuń
  27. Aaaaaa... Babcia może wydziedziczyć!

    OdpowiedzUsuń
  28. Bohaterka scenki kieruje się zapewne mieszanką powodów, niekoniecznie uświadomionych. Dla mnie jest to przede wszystkim przejaw braku odwagi cywilnej. Odwagi wsłuchania się w siebie, a potem świadomego pokierowania własnym życiem, dokonania wyborów i wzięcia za nie odpowiedzialności.
    Życie pod dyktando tzw. autorytetów, powielanie schematów, konformizm to dla wielu ludzi bezpieczny kokon. Nie muszą stawiać sobie trudnych pytań i - co gorsza ;) - udzielać na nie odpowiedzi.

    OdpowiedzUsuń
  29. Bo odpowiedzialność i samoświadomość są trudne. Konformizm i lenistwo umysłowe zaś łatwe. Niestety.

    OdpowiedzUsuń
  30. Tyle szczerości od rana! :)
    Przynajmniej się pańcie nie mają z czego spowiadać, bo od razu wszystko jasne :)!
    Piękna scenka!

    OdpowiedzUsuń
  31. ad iw) Myślisz, że przyjęły formę spowiedzi publicznej, występującej czasami w innych wyznaniach chrześcijańskich? ;)

    OdpowiedzUsuń
  32. Słusznie. Smęty są nudne. A nuda prowadzi do jeszcze większych smetów, potem do frustracji i do apatii. A tego byśmy eleganckim panom nie życzyli. Prawda?

    OdpowiedzUsuń
  33. Nivejko, ja im tego nie życzę. One same się tam w to smętne miejsce wybierały.

    OdpowiedzUsuń
  34. kościelna rewia mody jest jednym z rytuałów kościelnych, a to co dla katolika powinno być ważnie w kościele jest nic nie znaczącym szczegółem.

    OdpowiedzUsuń
  35. Widzisz, Iva... Podobne wrażenie odniosłam kiedyś dawno temu, gdy wybrałam się do kościoła dominikanów w Krakowie. Chciałam posłuchać kazania mojego wykładowcy profesora Kłoczowskiego. Wykładał wspaniale, ani nie ukrywając tego, że jest zakonnikiem i księdzem, ani nie mieszając religijności z filozofią religii, o której nam opowiadał. Zaciekawiłam się, jak mogą wyglądać kazania kogoś o takim umyśle.
    Poszłam. Jako niewierząca, ale chcąc zachować szacunek dla wierzących, którzy tam byli, stanęłam sobie grzecznie z tyłu i dyskretnie, żeby niepotrzebnie nie epatować tym, że nie wstaję i nie klękam, gdy wszyscy wokół to robią.
    Podniesienie (dla niewtajemniczonych, którzy nigdy nie byli katolikami: część mszy, w której kapłan po przeistoczeniu (konsekracji) podnosi w górę hostię i kielich, ukazując zgromadzonym wiernym Ciało i Krew Chrystusa), czyli chyba jeden z najważniejszych momentów nabożeństwa. Co robią "wierni"? Rozglądają się na boki, poprawiają ubrania, szepczą między sobą... Zero skupienia czy uwagi skierowanej na ołtarz, gdzie ponoć odbywa się cud. Cud ich wiary! I ja mam szanować wasze rytuały, wasze wierzenia, kiedy wy je tak lekce sobie ważycie, pomyślałam. W gruncie rzeczy byłam zażenowana ich zachowaniem. Ja, ateistka...

    OdpowiedzUsuń
  36. Mnie zmuszano do chodzenia do kościoła bardzo długo - i być może moja obecna postawa jest tego wynikiem. Od 6 lat nie mieszkam z rodzicami, a i tak (kiedy od czasu do czasu przyjeżdżam do domu na weekend) pytają czy JUŻ chodzę do kościoła i czy w niedzielę z nimi pójdę. Tak, trzeba się było "ładnie i odpowiednio" ubrać, tak odświętnie. Z dzieciństwa pamiętam wredną siostrę zakonną, która przechadzała się po kościele i zabierała wszystkie dzieci pod ołtarz. Trauma. Tam, pod czujnym okiem księdza, trzeba było śpiewać. A propos niezrozumiałych tekstów pieśni - zawsze jako dziecko zastanawiałam się gdzie jest "tylnie" czoło (Stańmy wszyscy w jednym kole i uderzmy przednim czołem).

    OdpowiedzUsuń
  37. ad Ania Wywioł) Współczuję. Ja mam z kościoła miłe wspomnienia. Miła pani katechetka (za czasów mojej podstawówki lekcje religii były przy parafii), sympatyczni księża. A jak się potem w wieku 14-15 lat okazało, że nie wierzę, to po prostu przestałam chodzić i się nawet formalnie wypisałam z tego interesu:)

    OdpowiedzUsuń

Będzie miło, jeśli podpiszesz się pod swoim komentarzem.
Różne opcje podpisu wybierzesz z rozwijanej listy pod oknem, gdzie wpisujesz komentarz.
Wystarczy imię lub nick w polu NAZWA.