Jeżeli język nie jest poprawny,
Mowa nie znaczy tego, co ma znaczyć,
Jeżeli mowa nie znaczy tego, co ma znaczyć,
Nie będzie zrobione to, co ma być zrobione,
A wtedy moralność i wszystkie sztuki ulegną zepsuciu
I sprawiedliwość zejdzie na manowce
I wszyscy popadną w stan bezładnego pomieszania.

Konfucjusz
_____________________

24 czerwca 2017

0 UPC - happy end

- UPC Polska się poczuwa (część 5.)
(...ciąg dalszy)

Proszę państwa, mamy internet. Normalny, po kablu, tak jak chcieliśmy. Wreszcie się udało. Jak pisałam w poprzedniej części, przyszedł normalny monter i stwierdził, że problemu zenka/mietka/staszka z montażem nie rozumie i że w związku z tym internet zostanie podłączony jak najszybciej. Miałam nadzieję, że owo jak najszybciej oznacza jutro (czyli poprzedni czwartek 8 czerwca), ale aż tak dobrze to nie ma. Firma wykonująca podłączenia zadzwoniła do Rafała i zaproponowała (UWAGA!) wtorek czyli 13 czerwca (co by oznaczało, że netu, za który płacimy UPC abonament, nie mielibyśmy 12 dni) , ale w związku z ze stanowczą sugestią Rafała, że chyba żartują, stanęło na piątku 9 czerwca. I co ciekawe, tego terminu udało się dotrzymać.


Monter, który ostatecznie wykonywał podłączenie okazał się nie tylko normalny i kompetentny (wiedział, co robić, miał przy sobie odpowiednie narzędzia, umiał ich użyć i szukał rozwiązań), ale i na tyle miły, że podczas montażu chciało się nam z nim, a jemu z nami pogawędzić. Trochę to trwało, więc podczas rozwijania kabli, przypinania ich specjalnymi haczykami, schodzenia do skrzynki w piwnicy itp. zdążyliśmy się dowiedzieć nie tylko, jak pan monter ma na imię, ale i tego, że ma dwa koty (nasze pałętały się pod nogami, więc temat sam się narzucał), a także rybki i chociaż jego koty rzucają się na ryby przyniesione z wędkowania, to akwariowych nie ruszają. Jednak w rozmowę na temat zenka/mietka/staszka niespecjalnie dawał się wpuścić, chociaż żywo interesowało mnie, jak to jest, że w jednej firmie może pracować ktoś tak żenujący jak zenek/mietek staszek i tak fachowy i sympatyczny jak pan Kamil...

Na koniec obiecałam mu, że tak samo, jak opisałam na Facebooku swoją irytację (żeby nie użyć bardziej dosadnego, acz mniej cenzuralnego określenia wkurw) na temat żenady, jaką odwalił zenek/mietek/staszek, tak i opiszę swoje zadowolenie z tego, jak internet zamontował nam pan Kamil. Niniejszym wyrażam. Oraz zamieszczam kilka uwag i wniosków:

- jak wam internet z UPC Polska podłączają na Mokotowie, proście od razu o montera, który nazywa się Kamil Pająk. Oszczędzicie sobie nerwów i unikniecie ryzyka natknięcia się na zenka/mietka/staszka. Podłączy wam internet profesjonalnie i szybko nawet, jeśli będzie to montaż niestandardowy. A całość zostanie okraszona poczuciem humoru i fajną rozmową;
- imię i nazwisko naszego montera zamieszczam za jego zgodą;
- monter mający koty jest sympatyczniejszy od montera, który nie ma kotów i ma się z nim wspólne tematy ;)

Pan Kamil zapytał, czy ten wpis będzie zamieszczony tylko na moim profilu, czy też na stronie UPC, bo on by wtedy miał full wypas. Poinformowałam go, że o wszystkim, co napisałam do tej pory na ten temat, UPC zostało powiadomione (przesyłałam im, jak wiecie, linki do kolejnych wpisów), więc i ten dostaną. Bo taki pan Kamil to za swoją fachowość powinien mieć full wypas. I jego bezpośrednie szefostwo też się powinno o tym dowiedzieć i go docenić. I w ogóle. Bo to on ratuje dobre imię UPC. Bez niego musielibyśmy zmienić operatora, chociaż dotąd z ich byliśmy zadowoleni, gdyż poprzednio przysłany monter zenek/mietek/staszek stwierdził, że u nas internetu podłączyć się nie da.

Tak, znam tę regułę, że klient niezadowolony zdecydowanie bardziej pali się do zamieszczenia opinii w sieci niż klient zadowolony, ale postanowiłam jej nie ulegać i swoje ukontentowanie publicznie wyrazić. W tym również zadowolenie z postawy UPC.

Otóż w związku z tym , że nie mieliśmy dostępu do internetu przez 8 dni, UPC rozpatrzyło naszą reklamację i zadzwoniło do Rafała, żeby powiedzieć, że w przyszłym miesiącu nasz abonament zostanie proporcjonalnie obniżony.

Pozdrawiamy, Ela i Rafał

część 1. dostępna tutaj ->
część 2. dostępna tutaj ->
część 3. dostępna tutaj ->
część 4. dostępna tutaj ->

przeczytaj całą scenkę - >

23 czerwca 2017

0 UPC czyli ta ostatnia niedziela - część czwarta

- UPC Polska radzi jak w ekspresowym tempie stracić wieloletniego klienta (część 4.)
(...ciąg dalszy)


Jest czwartek, 8 czerwca, poranek. Niech państwo zgadną ;) Nadal nie mamy internetu z UPC Polska, za który płacimy abonament. Nadal do łączenia się z siecią używamy rafałowego modemu z Play. Ale - i tu UWAGA! UWAGA! - coś drgnęło!

We wtorek do Rafała z firmy, która realizuje dla UPC podłączenia, zadzwonił monter - i tu również UWAGA! UWAGA! - inny monter! Nie zenek/mietek/staszek! Inny! Nowy! Prawdziwy, normalny monter, który rozumiał co się do niego mówi! I zapowiedział, że w związku z tym wszystkim, to on musi przyjechać na miejsce zdarzenia i sprawdzić, o co chodzi i czemu zdaniem zenka/mietka/staszka się nie da i stwierdzić, czy rzeczywiście do naszego mieszkania internetu doprowadzić się nie da, a następnie spisać z tego, co stwierdzi, protokół, który będzie podstawą do dalszych działań. I on, proszę państwa przyjechał wczoraj i UWAGA! UWAGA! stwierdził, co następuje:

Otóż, on nie rozumie, dlaczego zdaniem zenka/mietka/staszka się nie da, gdyż widać, że kiedyś internet był do lokalu doprowadzony, a ze ściany wystają resztki kabla wskazujące, którędy ten internet podłączano i że wystarczy ten montaż powtórzyć. I, że on, normalny monter, jest wkurzony, bo przez takich jak zenek/mietek staszek musi jeździć na oględziny i tylko ma bez sensu dodatkową robotę. I, że w związku z tym wszystkim, internet zostanie podłączony jak najszybciej, czyli (MOŻE!) jutro. A że jutro jest już dziś, czyli we czwartek 8 czerwca, to mamy nadzieję, że nasze “przygody” dziś się zakończą i będziemy mogli normalnie korzystać z internetu od UPC, za który, jak wspominałam (a powinnam nie tylko wspomnieć, ale i wypomnieć) płacimy abonament.

Ale przyznam się, że jestem nieufna. Po tym wszystkim nam uraz i zaufanie co do rzetelności zapewnień ze strony UPC oraz ich podwykonawców jakby zmalało. Nie widzieć czemu, nieprawdaż? A i opinia o jakości obsługi klienta w UPC Polska również jakby gorsza, bo jak wspominałam, to przecież oni odpowiadają za to, jakich podwykonawców sobie dobierają. Wstydzili by się dawać zlecenia firmie, której wizytówką jest zenek/mietek/staszek, bo to on chodzi do klientów i z automatu staje się również wizytówką UPC.

zenek/mietek staszek napsuł nam krwi przez te dni i kosztował wiele nerwów. Żałuję, że nie mieszkam w Stanach, bo naoglądałam na filmach widać, że można by takiego zenka/mietka/staszka natychmiast pozwać i dostać odszkodowanie za szkody moralne. Niestety, u nas taki żenujący brak kompetencji czy chociażby dobrej woli rozwiązania problemu nie spotka się z żadnymi konsekwencjami. A miło byłoby pomyśleć, że zenka/mietka/staszka wywalą z roboty na zbity pysk, skoro nie umie jej wykonywać i ma ją w dupie. Bardzo miło.

(bez ciągu dalszego, mam nadzieję)

część 1. dostępna tutaj ->
część 2. dostępna tutaj ->
część 3. dostępna tutaj ->

przeczytaj całą scenkę - >

22 czerwca 2017

0 UPC czyli ta ostatnia niedziela - część trzecia

- UPC Polska radzi jak w ekspresowym tempie stracić wieloletniego klienta (część 3.)
(...ciąg dalszy)


Gdyż nadal nie mamy stacjonarnego internetu z UPC.
Opowieść skończyliśmy na piątku, kiedy monter zenek/mietek/staszek miał przyjechać z kolegą i internet do mieszkania doprowadzić, prawda?

W związku z czym nastał piątek, a ja mając zasadniczo wolne, mogłam również oczekiwać na wizytę zenka/mietka/staszka, a zwłaszcza owego kolegi, który miałam nadzieję, będzie bardziej fachowy i zrobi w domu internet. Zatem kontynuujmy, bo opowieść robi się coraz bardziej absurdalna, jak z filmów Barei:  Nie mamy pańskiego internetu i co pan nam zrobi?

link poglądowy ze stosownym cytatem:


Cóż bowiem było dalej? Najcelniej nasze (wrrrrr!) “przygody” z UPC opisuje Rafał Nowakowski w swoim wczorajszym poście na fabebooku, więc oddaję mu głos:

(...)"Ponowna wizyta montera (wraz z kolegą) była równie owocna, jak pierwsza (choć muszę przyznać, że tym razem żaden z panów nie śmierdział). Jej najzabawniejszym elementem była próba przewiercenia się do puszki przez jakieś stalowe wzmocnienie w ścianie - przerwałem ją, bo bałem się, że połamią wiertło, co mogło się zakończyć stratami w ludziach.
Na odchodnym panowie przekazali mi, że jest to instalacja niestandardowa i muszę się wystarać o pisemną zgodę właścicieli budynku. Ciekawe, czy powinienem ją potwierdzić notarialnie i uzupełnić o odpis z księgi wieczystej?
Dziś ponownie skontaktowałem się telefonicznie z UPC. Tym razem dowiedziałem się, że sprawa została przekazana przez dział realizacji firmie, która realizuje podłączenie. I że ta firma się ze mną skontaktuje. Nie zgadza się to absolutnie z moją wiedzą, ale dla UPC sprawa jest załatwiona - przekazaliśmy odpowiedzialność gdzie indziej i możemy o sprawie zapomnieć. Jeśli chodzi o firmę-krzak wykonującą podłączenia, to mam numer jedynie do tego pseudomontera, który nie poda mi numeru do swojego szefa, bo "nie może udostępniać prywatnego numeru". Ponieważ zacząłem się czuć jak bohater filmów Barei po raz kolejny zadzwoniłem do UPC i złożyłem formalną reklamację. Oczywiście zostałem zapewniony, że dział reklamacji zajmie się pilnie sprawą. Niestety nie wierzę w to: reklamację przyjmuje zwykły konsultant infolinii, który przekazuje ją do działu reklamacji. Moje doświadczenia z działem realizacji pozwalają mi przypuszczać, że sprawą w końcu zajmie się dział retencji klienta, bo moim następnym krokiem będzie wypowiedzenie umowy ze skutkiem natychmiastowym ze względu na niedostępność usług (...)"


cały post Rafała na facebooku znajdziecie tutaj ->

Dziś jest wtorek 6 czerwca, internetu nie mamy nadal. Ale wróćmy do niedzieli. Gdyby bowiem ktokolwiek miał nadzieję, że przekazywanie czegokolwiek przez UPC do firmy zenka/mietka/staszka i deklaracje zajęcia się sprawą cokolwiek przynoszą, niniejszym rozwiewam jego złudzenia. Są to puste zapewnienia, klasyczna korporacyjna spychologia podlana fałszywą uprzejmością, od której jedynie irytacja (czytaj: wkurw) narasta. Co do mnie, żeby mnie nie rozpukło z frustracji, machnęłam w niedzielę dwie notatki na ten temat (linki na dole), po czym zadbałam o wysłanie wiadomości o pierwszej z nich na fanpejdżu UPC. Następnie odbyliśmy przemiłą, niczego nie wnoszącą i niczego nie rozwiązującą konwersację, którą niniejszym poglądowo zamieszczam, abyście wiedzieli, że po takiej wymianie zdań nie należy się niczego spodziewać, a już na pewno nie rozwiązania problemu:

kliknij, aby powiekszyć
kliknij, aby powiekszyć
kliknij, aby powiekszyć
kliknij, aby powiekszyć
kliknij, aby powiekszyć

No więc właśnie. Jeśli ktoś będzie z wami tak rozmawiał, to znaczy, że niczego nie załatwi, nic nie rozwiąże, jedynie uspokoi swoje korporacyjne sumienie, że przekazał sprawę. W poniedziałek wysłałam do UPC część 2. a potem działo się to, co opisał Rafał.

Jak widać, nawet jakbyśmy bardzo chcieli, nie damy rady dalej być ich abonentem... Zapewne dostaniemy wiadomość, jak im jest niezmiernie przykro. Z całym brakiem szacunku zapewniam, że będzie mi w związku z ich przykrością niesamowicie wszystko jedno. Cóż robić. Wyrzuty sumienia za ich przykrość wezmę jakoś na klatę (chyba powinnam dać radę...;) , a internet wezmę od bardziej kompetentnego operatora. Jak się nie da, to się nie da.

(płacimy im za to wszystko abonament, więc ciąg dalszy, niestety, nastąpi...)

część 1. dostępna tutaj ->
część 2. dostępna tutaj ->


przeczytaj całą scenkę - >

21 czerwca 2017

0 UPC czyli ta ostatnia niedziela - część druga

(4 czerwca)

- UPC radzi jak w ekspresowym tempie stracić wieloletniego klienta - część 2.

(...ciąg dalszy)

Tak więc we czwartek skończyłam pracę w gabinecie o 21.00 i czym prędzej pojechałam do domu. Dowiedziałam się od Rafała, że monter co prawda przyjechał nawet punktualnie (co warto podkreślić, bo to jego jedyna zaleta), ale nie był w stanie internetu podłączyć.

Gdyż:
- miał ze sobą oszałamiający profesjonalizmem sprzęt montażowy w postaci wiązki kabli oraz śrubokręta;
- w związku z posiadaniem tak oszałamiających możliwości sprzętowych popatrzył na ścianę i stwierdził, że się nie da.


No nie da się. I już. Powiedział, że jutro przyjdzie z jeszcze jednym kolegą i sobie poszedł, pozostawiając po sobie wyrazistą smugę zapachową. Ową smugę można by mu nawet darować i prawdopodobnie szybko byśmy o niej zapomnieli, gdyby wraz z nią pozostawił po sobie działający internet, ale ponieważ nie pozostawił, zostanie mu niniejszym wypomniana. Niniejszym wypominam.

Cóż, monter zenek/mietek/staszek* ze smugą i postawą “nie da się” raczej nie stanowi dobrej wizytówki dla UPC, ale tego dnia Rafał jeszcze operatora nie powiadamiał, mając nadzieję, że dnia następnego, czyli w piątek (2 czerwca) monter zenek/mietek/staszek z owym kolegą jednak coś wymyślą, bo może ten kolega jakiś bardziej kumaty będzie i zauważy, że chociaż kamienica zabytkowa, to się da, jak wskazują resztki starego kabla prowadzącego do naszego mieszkania widoczne tuż przy drzwiach i dowodzące, że w tym lokalu internet był i to całkiem niedawno, sądząc po zagipsowanych ścianach na klatce schodowej. No, ale on nie wie, tu chyba trzeba w ścianie ryć i on musi się z administratorem kamienicy skontaktować. Numer do administratora dostał, niech się kontaktuje, chociaż wystarczyło popatrzeć, jak biegła poprzednia instalacja, aby stwierdzić, że żadnego kucia i rycia nie trzeba.

Że zenek/mietek/staszek nie jest pracownikiem UPC? No nie jest. I co z tego? Jest pracownikiem firmy, której UPC zleca montaż w mieszkaniach. Firma, w której zenek/mietek/staszek jest zatrudniony, jest po prostu podwykonawcą. Czy to znaczy, że jego zapachowa aparycja tudzież brak profesjonalizmu nijak się mają do usług świadczonych przez UPC i wcale o nich nie świadczą? Otóż, proszę państwa, świadczą. Bo to z takim zenkiem/mietkiem/staszkiem styka się klient, czyli ja lub Rafał i z jego zachowaniem oraz fachowością lub jej brakiem będzie kojarzył operatora.

Tak to właśnie działa. Sami przyznajcie, czy gdybym miała w swoim gabinecie niemiłą, niekompetentną i cuchnącą rejestratorkę i przychodząc po raz pierwszy natknęlibyście się na nią, to zachęciłaby was do współpracy? Albo gdybym miała burkliwą, pozbawioną kultury osobistej i niezorientowaną w niczym rejestratorkę telefoniczną, i to na nią, a nie na mnie natykalibyście się po wybraniu numeru mojego gabinetu, to umówilibyście się na wstępną konsultację, czy też raczej poszukalibyście bardziej przyjaznego miejsca? To ona byłaby wizytówką Pracowni SALAMANDRA i szybko odstraszyłaby potencjalnych klientów/pacjentów.

Klient nie musi się wszak zastanawiać nad strukturą współpracy i zleceń pomiędzy operatorem a firmą montującą instalację. Zamawia internet w UPC (czy też, jak w naszym przypadku, zamierza przedłużyć umowę, bo jest/był zadowolony z dotychczasowej współpracy), a tymczasem natyka się na takiego zenka/mietka/staszka. Który stwierdza: Nie da się, i co mi zrobicie? I to właśnie on staje się wizytówką operatora. Bo to operator decyduje, jakie firmy wybiera na swoich podwykonawców. To operator jest odpowiedzialny za to, aby wybrać ich dobrze, tak aby mogli zagwarantować odpowiednią jakość usług.

We czwartek wieczorem trochę (trochę bardzo) pobrąchałam na całą tę sytuację, wszak w piątek zamierzałam już z internetu normalnie korzystać, zarówno w celach zawodowych (aktualizacja terminarza gabinetu i wrzucenie posta na psychologicznego bloga), jak i prywatnych (poszukiwania krawcowej do zasłon). zenek/mietek/staszek rozwalił mi część planów na ten dzień, więc moja irytacja (aby uniknąć bardziej adekwatnego, acz mniej cenzuralnego określenia wkurw) narastała. Rafał stwierdził, że w piątek podejmie bardziej zdecydowane kroki, czyli skontaktuje się z UPC, żeby ich z kolei zobowiązać do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków wobec firmy zenka/mietka/staszka. Bo dalej tak być nie może.

W związku z czym nastał piątek, a ja mając zasadniczo wolne, mogłam również oczekiwać na wizytę zenka/mietka/staszka, a zwłaszcza owego kolegi, który miałam nadzieję, będzie bardziej fachowy i zrobi w domu internet.

Doczekałam się zatem...

(ciąg dalszy nastąpi...)

Zapraszam do lektury i udostępniania :)

* ogólne określenie na “fachowców” pozbawionych kompetencji i uprzejmości. Cudzysłów nie jest przypadkowy.

część 1. dostępna tutaj ->

przeczytaj całą scenkę - >

20 czerwca 2017

0 UPC czyli ta ostatnia niedziela - część pierwsza

(4 czerwca)

- UPC radzi jak w ekspresowym tempie stracić wieloletniego klienta


Żeby było jasne. Nadal nie mamy stacjonarnego internetu (i TV). Ja od ubiegłego poniedziałku (bo przewiozłam komputer do nowego mieszkania w poniedziałek ), a Rafał od czwartku (bo przewiózł swój komputer do nowego mieszkania we czwartek). Przez kilka dni, aby zajrzeć na mail jeździłam do kafejki na Dworcu Centralnym, ale tam wolałabym nie sprawdzać salda rachunku czy dokonywać przelewów), a od wczoraj korzystamy z rafałowego modemu od Play.


Miałam nadzieję, że cała operacja zajmie nie więcej niż 3-4 dni. Monter z UPC, gdzie mamy wykupiony abonament, miał się zjawić we czwartek i przenieść nasz domowy internet pod nowy adres. Na wszelki wypadek na swoim prywatnym profilu, ale przede wszystkim na fanpejdżu prowadzonego przeze mnie gabinetu psychologicznego, a także na jego stronie www zamieściłam informację o tym, że jestem internetowo niedostępna, więc nie mogę odpowiadać na maile, komentarze, umawiać i odwoływać wizyt itp. Jeśli któraś z osób korzystających z terapii czy konsultacji chce porozmawiać, proszę o kontakt telefoniczny lub smsowy.

Tutaj kilka słów wyjaśnienia. Nie mam internetu w telefonie. To znaczy pewnie mam, ale ma on ekran tak mały, że i tak nic nie widać. Mój telefon służy do dzwonienia i wysyłania wiadomości sms. Nie mam też laptopa z internetem mobilnym. Mam komputer stacjonarny połączony z internetem za pomocą kabla. Tenże stacjonarny internet służy mi nie tylko do rozrywki, ale przede wszystkim do pracy. Przez internet aktualizuję treści na stronie gabinetu, publikuję aktualne terminarze wizyt, wrzucam posty na psychologicznego bloga oraz prowadzę zawodowy fanpejdż na FB. Odpowiadam na wiadomości od moich pacjentów, umawiam terminy wizyt, udzielam porad online, między innymi przez Skype. A poza tym, że jestem psychologiem, pracuję również jako copywriter - piszę teksty na zlecenie. Dostęp do internetu jest więc dla mnie środkiem utrzymania. Zarabiam przez internet.

Co oznacza, że te kilka dni od poniedziałku do czwartku oznaczały realne utrudnienie w pracy, a być może również realne straty. No, ale nic, damy radę. Są wszak kafejki, do których mam co prawda ograniczone zaufanie, ale jakby co, to wiadomość odbiorę. Zwłaszcza, że w UPC zapewniano nas, że z przeniesieniem internetu nie będzie najmniejszego problemu.

Przed wynajęciem mieszkania upewniliśmy się kilkakrotnie, czy UPC świadczy usługi w tej lokalizacji. Nie zamierzaliśmy zmieniać operatora, a jedynie adres świadczonych usług, bo jak dotąd byliśmy ze współpracy zadowoleni - i z tego, jak te usługi sprawują się na co dzień i z tego, jak są załatwiane ewentualne awarie (bardzo rzadkie zresztą). Dowiedzieliśmy się, że świadczy, co zresztą było jednym z argumentów za tym właśnie lokalem. A w skrzynce na listy znaleźliśmy nawet ulotki od UPC, zachęcające do skorzystania z ich usług. No i super.

Rafał umówił montera na czwartek, 1 czerwca. Jak wspomniałam, swój komputer przewiozłam do nowego mieszkania już w poniedziałek. Bardzo ładnie byłoby odzyskać swobodny dostęp do internetu po 3 dniach i to akurat w Dzień Dziecka. Prawda? Zwłaszcza, że następnego dnia, w piątek miałam mieć zasadniczo wolne i mogłabym zrobić te rzeczy, których przez brak dostępu robić nie mogłam, na przykład wrzucić nowy post na stronę gabinetu, poszukać materiału na zasłony i krawcowej, która je uszyje, a także odpowiedzieć osobom, które chciały się ze mną skontaktować w celu skorzystania z porady online, że lada moment będziemy mogli ustalić termin.

We czwartek skończyłam pracę w gabinecie o 21.00 i czym prędzej pojechałam do domu. Dowiedziałam się, że monter przyjechał i...

(ciąg dalszy nastąpi...)
Zapraszam do lektury i udostępniania :)

przeczytaj całą scenkę - >

14 czerwca 2017

6 Klątwa

Przeprowadziliśmy się. Kartony rozpakowane (te widoczne na zdjęciu również), meble skręcone, pierwsza kolacja na nowym zjedzona, ozdobne figurki porozstawiane w odpowiednich miejscach - nic tylko mieszkać. Ba, udało się nawet zainstalować internet, co wcale nie było takie oczywiste, a co jest tematem na osobną scenkę, a nawet na kilka scenek, a o czym napiszę niebawem, jak się już otrząsnę.

Przeprowadziliśmy się, żeby było lepiej. Tamto mieszkanie zaczęło już być dla nas nieco za ciasne, a poza tym od pewnego czasu mieszkało się tam trudno z powodów od nas niezależnych. Na klatce schodowej, tuż przy windzie co i rusz pojawiały się karteczki od sąsiadów ostrzegających, że właśnie przeprowadzają remont i z góry przepraszają. Taka specyfika budynku, wciąż ktoś się wprowadza, ktoś wyprowadza, a ludzie chcą wszak mieszkania urządzać po swojemu. Z dołu, z góry i z boku dobiegały odgłosy kucia, wiercenia i stukania młotkami. Młotkami właśnie, a nie młotkiem, bo bywało, że i dwa remonty działy się naraz.

Cóż z tego, że roboty odbywały się w godzinach nieobjętych ciszą nocną. Tym gorzej, rzekłabym, bo przyczepić się nie można, a o spokoju przy pracy (a ja sporo pracuję w domu), nie wspominając o popołudniowej drzemce (a ja lubię ten sposób regeneracji), można jedynie pomarzyć pomiędzy coraz bardziej obelżywymi przekleństwami miotanymi na robotników i właścicieli pod nosem i również na głos, niemal warcząc. Życzyłam im rzeczy najgorszych, czyli żeby im też tak ktoś zrobił: żeby jak będą mieli małe dziecko albo jak będą bardzo zmęczeni po pracy też im ktoś zaczął kuć. Żeby ich spotkało to samo, co mnie spotyka. Nie mniej i nie więcej. Wystarczyłoby.

Najdłuższy remont trwał od listopada do 1 lutego (tak! tak precyzyjnie określono datę zakończenia robót!). Kuli i wiercili piątek, świątek czy niedziela. Szczyt mojej rozpaczy nastał w którąś sobotę, po jakimś wyjątkowo ciężkim tygodniu, po którym byłam bardzo niewyspana i bardzo wymęczona. Wymarzyłam sobie, że w sobotę w końcu się wyśpię, będę spać do oporu (czyli do samoistnego obudzenia się bez budzika), a potem będę drzemać, leżeć i nic nie robić. Tak sobie wymarzyłam.

Kiedy w sobotę o 9.00 usłyszałam odgłosy wiercenia, zwyczajnie się popłakałam. Z bezradności. I z tego zmęczenia, które - jak zrozumiałam - nie doczeka się odpoczynku. Wzięłam kocyk i kapcie i pojechałam do gabinetu, czyli miejsca, gdzie pracuję. Z nadzieją, że tam remontu akurat nie będzie, co wcale nie było takie oczywiste (bo różne prace remontowe i tam się odbywają, bo najemcy wszak chcą mieć lokale urządzone po swojemu). Mam tam dwa fotele, można się zdrzemnąć. A gdyby się jakieś remonty odbywały akurat tego dnia, byłam zdecydowana wynająć do wieczora pokój w jakimś hostelu, żeby się w końcu wyspać. Ale na szczęście się nie odbywały. Złapałam 5 godzin snu.

O godzinie 18 przyjechał po mnie Rafał z informacją, że kucie się skończyło i mogę wracać do domu. Wróciłam, ale coraz bardziej oczywiste stawało się, że musimy poszukać nowego mieszkania.

Znaleźliśmy. W nieco gorszej lokalizacji, ale większe i na dodatek w kamienicy, co uwielbiam. Dodatkowy atut to to, że kamienica zabytkowa, lokatorzy zasiedzeni, więc raczej masywnych remontów nie będą urządzać.

Nasze koty wśród przeprowadzkowych kartonów.
Na pierwszym planie New, na drugim Leeloo, Mechatek śpi
poza kadrem.

Przeprowadzanie się, jak wiadomo, to trudny czas. Cztery dni temu uznaliśmy, że przeprowadzka zakończona. Już. Już po wszystkim. Uff. Przeżyliśmy. Teraz będzie tylko lepiej, wszak po to się przeprowadziliśmy.

Siedzę sobie zatem w poniedziałek rano w moim pokoju, sącząc kawę i zerkając za okno, odpalam komputer gotowa do pracy, acz wyluzowana, za mną stoi podarowana przez A. palma, gdy wtem, naraz z mieszkania sąsiadów słyszę... Zgadnijcie.
Kucie ścian i wiercenie. Tak, proszę państwa. Kucie i wiercenie...

Dziś jest środa. Kucie i wiercenie trwa. Rozpoczyna się codziennie od 8.00 i trwa do popołudnia z małymi przerwami na wynoszenie gruzu.

Ani chybi, przemieszcza się za mną jakaś klątwa remontowa. Są na to jakieś egzorcyzmy?

przeczytaj całą scenkę - >

19 listopada 2016

16 Nierychliwy, ale...

Uwaga:
Całą scenkę należy czytać głosem podniosłym i uroczystym, wzorowanym na intonacji kościelnych kazań, gdyż jedynie w tej formie zyska odpowiednią wymowę

Dawno, dawno temu i było z pewnością zdecydowanie dawniej niż w zeszły piątek *, pojechałam na wycieczkę do Tarnobrzega. Przechadzałam się spokojnie wśród tarnobrzeskich osiedli, gdy wtem ócz mych korale ujrzały cud. Cud architektury i wyrafinowanego smaku, obok którego nikt nie zdoła przejść obojętnie.

Mimo drżących od nagłego wstrząsu rąk zdołałam zjawisko uwiecznić na zdjęciach. Było to roku pańskiego 2009, więc jak można wnioskować, z szoku otrząsałam się długo.

Jednak dziś, w tym niezwykłym dniu, uznaję, że i was, moich drogich i wiernych czytelników, przed widokiem tym przestanę oszczędzać. Okazja po temu znamienita. Dziś otóż w Krakowie-Łagiewnikach odbyła się msza św. okazji Jubileuszowego Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana.

Oto jest zatem:

FIGURA UPAMIĘTNIAJĄCA INTRONIZACJE I ODDANIE m. TARNOBRZEGA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU JEZUSOWEMU
15 września 1997 r.
Chryste ucz nas miłości przebaczenia i pojednania
(pisownia oryginalna)

Sami przyznacie, że jak znalazł na dzisiejszą uroczystość. Aby powiększyć zdjęcie, wystarczy kliknąć:








Przyjrzyjcie się państwo dobrze tej figurze. W kontekście dzisiejszych wydarzeń, trudno nie być poruszonym jej profetycznym charakterem. Tarnobrzeg wiedział już wtedy, że Jezus Chrystus będzie nie tylko królem Polski i wszechświata, ale i całego osiedla, błogosławiąc gestem łagodnym balkony, spodnie, prześcieradła i ręczniki, jak to Królowi i Panu przystoi.

Czy przystoi uczestniczyć prezydentowi i pani premier kraju skądinąd wciąż jeszcze świeckiego i będącego ustrojowo republiką parlamentarną, a nie monarchią w uroczystości przyjęcia jakiejś osoby za Króla i Pana, nie wiem. Nie wiem też, czy akt ten ma wpływ na obowiązujący ustrój i stanowiska wspomnianych przedstawicieli państwa. Wiem natomiast, że kogoś fantazja, a może buta religijna ostro poniosła.

Gdybyż kto z Was chciał szok swój i nastrój podniosły kontynuować, może sobie poczytać więcej na ten temat, przydatne linki znajdując tutaj:

- Jezus królem polski? Co się wydarzyło w Łagiewnikach i co robił tam prezydent Duda ->
- 19 XI – Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana ->


* To cytat z rozdziału I "Kubusia Puchatka", który dokładnie brzmi: "Pewnego razu, bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, mieszkał sobie Kubuś Puchatek zupełnie sam w lesie, pod nazwiskiem (...)"
przeczytaj całą scenkę - >

26 maja 2016

18 Żegnajcie się z pomocą, aktywni, którzy tu wchodzicie

Ania* odbywa wizytę w Powiatowym Urzędzie Pracy w Swoim Mieście*. Miesiąc wcześniej zobowiązano ją do stawienia się w rzeczonym urzędzie w celu potwierdzenia swojego statusu, czyli takiego zapewnienia, że nie zrezygnowała z bycia bezrobotną. Ania kieruje się do pokoju 189* na pierwszym piętrze w celu aktywizacji zawodowej.

Wchodzi, odbywa się urzędowy small talk ("Dzień dobry, poproszę dowód", "Dzień dobry, dowód podaję") uzupełniony stukotem klawiatury, a następnie Ania zostaje uprzedzona o konieczności przeprowadzenia ankiety, której celem jest określenie jej możliwości i profilu zawodowego. Ania przystępuje do ankiety. Pytania ją porażają/jeszcze bardziej zaskakują/no słów jej brakuje, a w oczach zamiast źrenic pojawiają się czerwone pytajniki:

- Czy szuka pani pracy?
- Po co szuka pani pracy?
- Dlaczego zarejestrowała się pani jako bezrobotna?

Na podstawie tych oraz kilku innych pytań wyrocznia (czyli komputerowy system profilujący) określa jej profil jako aktywny i wyrzuca wróżbę, że przy takiej aktywności, Ania znajdzie pracę w trymiga. Nie wymaga zatem pomocy urzędu pracy oraz nie będzie jej się (w związku ze zdiagnozowaną porażającą aktywnością i zaradnością), należała pomoc w zakresie szkoleń, które PUP mógłby jej potencjalnie dofinansować.

Wbrew decyzji wyroczni Ania postanawia jednak zawalczyć o szkolenia i informuje panią urzędniczkę, że aktywnie pracy poszukuje od ponad pół roku i w związku z powyższym wspomniane "trymiga" jest, jak na jej gust, zbytnio rozciągnięte w czasie, a tymczasem ona chętnie nauczyłaby się mySQL czy innego Pythona.

Pani, w związku z wyraźnym niezadowoleniem Ani, uprzedza, że na własny wniosek może pogorszyć jej profil, co rzeczywiście otworzy furtkę do szkoleń. Należy jednak pamiętać, że szkolenie takie Ania może odbyć dopiero wówczas, gdy otrzyma zapewnienie od pracodawcy, że odbycie tego szkolenia da jej angaż. Mówiąc krótko, ma się ułożyć z pracodawcą, że jak już naciągnie PUP na kurs, to on ją zatrudni.

(opowiedziała i nadesłała Ania)



* Imiona, numery pomieszczeń oraz nazwy miejscowości zostały zmienione. Żeby jeszcze bardziej nie utrudniać.
przeczytaj całą scenkę - >

1 kwietnia 2016

11 Kości z Jana Chrzciciela

Oglądamy w telewizji program popularnonaukawy (licentia poetica) na temat badania kawałków Jana Chrzciciela, a konkretnie jego kości otoczonych kultem jako relikwie i znajdujących się w jednym z kościołów. Naukowcy chcą potwierdzić tożsamość Jana, poddając starożytne paliczki badaniom genetycznym, a w programie co i rusz pada pytanie: a co, jeśli uda się jednoznacznie stwierdzić, że akurat ta relikwia nie jest podrabiana i są to autentyczne szczątki Jana Chrzciciela? Dla duchownych zarządzających szczątkami wystarczającym dowodem jest kult, jakim są otoczone. Naukowcy chcą się jednak bardziej postarać i znaleźć dowód naukowy.

Poza rozbawieniem towarzyszącym mi podczas całego programu, pojawiają się u mnie dwie refleksje:

  • Co miałoby niby być jednoznacznym, naukowym potwierdzeniem tożsamości Jana Chrzciciela? Nawet, jeśli z paliczków uda się uzyskać w miarę dobrze zachowane DNA, to obawiam się, że może nie być go w żadnej nawet najlepszej policyjnej czy medycznej bazie danych. Stwierdzimy zatem jedynie, że istotnie, są to szczątki osobnika naszego gatunku. Można by jeszcze ewentualnie potwierdzić płeć, rasę, czy grupę krwi badanej osoby, ale z pewnością nie tożsamość.
  • Niepowetowaną stratą dla naukawych podstaw wiary jest w tym kontekście wniebowstąpienie Jezusa. W związku z wniebowstąpieniem nie dysponujemy bowiem ciałem, z którego można by pobrać próbkę i zbadać genotyp. Połowa chromosomów od matki, połowa od ojca (Ojca?). Zwłaszcza ta połowa od ojca mogłaby być w tym przypadku badawczo ciekawa. Czy badanie genotypu Boga byłoby obrazą uczuć religijnych?


przeczytaj całą scenkę - >