Do trzech razy sztuka?



"Każdy nosi w sobie dżumę […] I trzeba czuwać nad sobą nieustannie, żeby w chwili roztargnienia nie tchnąć dżumy w twarz drugiego człowieka".
Albert Camus, "Dżuma".

Jesień idzie, więc jadę jak co roku od dwóch lat, w Bieszczady. Tym razem mała zmiana, bo po raz pierwszy nie jadę sama, tylko z Pauliną, przyjaciółką z liceum. W sobotę wsiadam do Neobusa z Warszawy do Sanoka, to rozwiązanie przetestowane już kilkukrotnie. Tam się spotkamy i przenocujemy, a rano wyruszymy już razem do Ustrzyk Górnych. W Neobusie luz, miejsce obok siebie mam wolne, ale nie aż taki luz, żeby się można było przesiadać. W okolicach Radomia zaczyna być jasne, że siedzenia dwa rzędy za mną zajmuje mężczyzna, chory, sądząc po emitowanych przez niego dźwiękach. chory. Co kilka chwil kaszle, pociąga nosem i kicha. Przy kaszlu i kichaniu nie zasłania ust, odgłosy swobodnego pociagania wydzieliny nosem wskazują, że chusteczkami higienicznymi nie dysponuje. Tak sobie z nim wszyscy jedziemy, hojnie raczeni jego drobnoustrojami przez około 325 kilometrów aż do miejscowości Niebylec, gdzie pan przesiada się na autobus do Krosna, aby swoją chorobą podzielić się również z pasażerami tamtego kursu. Pan wie, że jest chory i wie, że chorobą można się zarazić, bo opowiada starszej pani siedzącej za nim, że zaraził się od córki, która przyniosła zarazki z przedszkola.

Nie martwiłabym się, że hojność pana nie zepsuje mi bieszczadzkiego urlopu, gdyby nie sytuacja z piątku. W piątek wybieram się do Bielska-Białej załatwiać sprawy związane z remontem mieszkania. Droga "tam" przebiega bezproblemowo, pociąg przyjeżdża punktualnie, sprawy zostają załatwione. W drodze "z powrotem" siedzenie naprzeciwko (trochę po skosie, ale jednak naprzeciwko) zajmuje dziewczyna z nosem zatkanym tak, że kiedy nachyla się do swojego chłopaka siedzącego dokładnie za mną, słychać, jak mówi przez nos i oddycha przez usta. Trochę pokasłuje, trochę siorbie wciągając swoje wydzieliny do środka, ale ile z tego, co wiezie w sobie, rozejdzie się metodą kropelkową po całym przedziale, trudno zgadnąć.

Nie przejęłabym się epidemiologiczną beztroską dziewczyny z pociągu, gdyby w piątek na terapię w poradni terapii uzależnień, w której pracuję, nie przyszła pacjentka z katarem tak obfitym, że trudno było jej mówić. Gdy orientuję się, z czego wynika niewyraźna mowa pacjentki, wysyłam ją do rejestracji po maseczkę. Przekonuje mnie, że maseczka nie jest potrzebna, ponieważ ona na pewno nie zaraża, ale postanawiam być nieufna i nie sprawdzać prawdziwości jej słów na własnej skórze (czy raczej oskrzelach). Od momentu wejścia do gabinetu, do założenia maseczki minęło parę minut, więc i parę zarazków z pewnością w moją stronę pofrunęło. Otwieram szeroko okno z nadzieją, że wiatr je wywieje.

Nie planowałam grać w zarazkowe bingo tuż przed urlopem. Chciałam zdrowa jak koń śmigać po połoninach z przyjaciółką. Do trzech razy sztuka?

W związku z powyższym w głowie kołaczą mi się dwa pytania:

Pytanie nr 1: Czy pandemia naprawdę niczego ludzi nie nauczyła? Na przykład prostej zasady wynikającej z troski o innych (tak, tak, żyjemy wśród innych), że kiedy kaszlemy lub kichamy, to nie robimy tego w przestrzeń publiczną, tylko do zgięcia łokciowego? W środkach transportu publicznego mogą wszak jechać również osoby z obniżoną z różnych powodów odpornością. I że najlepiej oczywiście, kiedy jesteśmy chorzy, zostać w domu, ale nie zawsze to jest możliwe, więc kiedy nie jest to możliwe, zakładamy na twarz maseczkę, aby nie obdzielać innych swoją chorobą? I nie, nie chodzi tylko o COVID 19, ale też o grypę, anginę, zapalenie płuc i inne atrakcje związane z drogami oddechowymi, które również bywają groźne?
Pytanie nr 2 i pół: Czy nie zarażę czymś, czym mnie tak hojnie obdzielono, Pauliny? Czy i ja, jadąc na spotkanie z nią, nie grzeszę nieodpowiedzialnością?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie miło, jeśli podpiszesz się pod swoim komentarzem.
Różne opcje podpisu wybierzesz z rozwijanej listy pod oknem, gdzie wpisujesz komentarz.
Wystarczy imię lub nick w polu NAZWA.